Zespół YesKiezSirumem koncertował w średzkim Ośrodku Kultury w grudniu w ramach akcji zbierania pieniędzy na respirator dla Piotra Staniszewskiego. Z liderem grupy Piotrem Podgórskim, na temat piosenki poetyckiej, koncertów charytatywnych oraz klimatów folkowych rozmawiała Hanna Sowa
Hanna Sowa: Skąd ta skomplikowana nazwa zespołu?
Piotr Podgórski: Kiedy około sześć lat temu powstał zespół, mieliśmy - jak wiele zespołów na początku - problem z nazwą. Padały różne propozycje, aż w końcu basista Piotrek Ciastoń zaproponował nazwę armeńską. W tym czasie poznał jakąś Armenkę, stąd pomysł na nazwę pochodzącą z tego języka. I tak powstał YesKiezSirumem, co znaczy z armeńskiego „kocham cię”. Nazwa jest więc niezwykle prosta i wpadająca w ucho (śmiech). Szczerze powiem, że pisownia armeńska jest jeszcze bardziej skomplikowana, myśmy to trochę uprościli. To taki zapis fonetyczny.
Nazwa „kocham cię” zobowiązuje. Ale nie śpiewacie tylko o miłości?
Tylko! (śmiech). Tak naprawdę wykonujemy „takie sobie piosenki, nie za bardzo skomplikowane”, które ktoś kiedyś określił jako poetycki folk rock. Niektóre z nich mówią o smutnych sprawach, ale my interpretujemy je w swoisty sposób, taki charakterystyczny właśnie dla YiesKiezów. Generalnie wykonujemy piosenki w klimacie dość pogodnym. Kiedy piszemy teksty, też raczej oscylują one bardziej wokół klimatu „w górę” niż „w dół”.
Większość tekstów jest waszego autorstwa, ale śpiewacie też teksty innych poetów.
Czasami wykorzystujemy teksty „starych” poetów. A bierze się to stąd, że po prostu czasami czytamy poezję i jak nam się coś spodoba, to włączamy to do repertuaru. Ja na przykład bardzo lubię poezję z okresu Młodej Polski i dwudziestolecia międzywojennego. I tak czasami jest, że czytam poezję i jakiś wiersz szczególnie mi się spodoba. Generalnie więc śpiewamy to, co lubimy, to, co nam się podoba, z czym się identyfikujemy.
Śpiewacie też poetyckie covery.
Dokładnie zdarzyło się nam to cztery razy. Na naszej drugiej płycie zaśpiewaliśmy piosenki Marka Grechuty, ale w takiej „naszej” wersji. Czasem zaśpiewamy też coś Wolnej Grupy Bukowina.
Wasza pierwsza płyta wyszła w roku 2005, druga w 2010. Następną wydacie w 2015?
Na razie mamy zaproszenie do Radia Gdańsk na nagranie płyty - tym razem koncertowej. Będzie więc szansa, aby nagrać piosenki, których nie ma ani na pierwszej, ani na drugiej płycie. Bardzo możliwe, że nastąpi to jeszcze przed 2015 rokiem.
Bierzecie też udział w projekcie „W górach jest wszystko, co kocham”.
Tak, głównie dzięki znajomości z Wojtkiem (Szymańskim, inicjatorem projektu - przyp. red.). Bo nie gramy piosenki turystycznej. Owszem, chodzimy po górach, ale tam śpiewamy piosenki Raz, dwa, trzy czy Kasprzyckiego, a to raczej nie jest repertuar „wędrujący”. Nie pasuje też do projektu perkusja i nasze dość głośne, „ostre” granie. Ale gramy w projekcie, tym bardziej, że nasza ostatnia płyta została wydana przez wydawnictwo „W górach”.
Łączy się to z promocją zarówno samej płyty, wydawnictwa, jak i całego projektu.
Mówiłeś już o tym, ja zresztą też wyczytałam, że waszą muzykę określa się jako „poetycki folk-rock”. To się zgadza?
W zasadzie tak. Chociaż to, co my robimy nie jest całkowicie jednoznacznie. To taka mieszanka, dlatego tak trudno to określić, nazwać, zaszufladkować. Na pewno nie jest to delikatne granie, bo zależy nam na tym, żeby prezentować mocniejsze brzmienie.
Tak więc określenie naszej muzyki jako folkowej nam odpowiada. Bardzo pasują mi na przykład muzyczne klimaty Manu Chao. Wokół takich klimatów krążymy. Ale to nie jest tak, że się na tej muzyce wzorujemy, bo Manu Chao odkryłem dopiero rok temu, a my gramy już sześć lat. Chodzi jednak o taką właśnie radość grania i taką emocję, która „wyziera” z człowieka.  
W Środzie graliście podczas koncertu charytatywnego na rzecz Piotra Staniszewskiego. To chyba bliski ci temat, bo sam pracujesz z osobami niepełnosprawnymi.
Pracuję w ośrodku, w którym też są osoby z dystrofią mięśniową, czyli chore na tę samą chorobę, co Piotr. Zdaję więc sobie sprawę, co to za choroba.
Zdarza wam się grać na podobnych koncertach o charakterze charytatywnym?
Tak, to nie był pierwszy raz. Cieszę się, że przyszło tyle ludzi. Zresztą atmosfera koncertu w Środzie była rewelacyjna, myślę, że między innymi dlatego, że byliśmy tam wszyscy dla Piotra. Nie bronimy się przed koncertami o takim charakterze, zresztą sami też organizujemy koncerty charytatywne.
Zawsze jest taka dobra atmosfera?
Z tym bywa różnie. Kiedy na przykład gramy dla jakiegoś ośrodka, a na widowni siedzi wielu mieszkańców tegoż ośrodka, to atmosfera na koncercie jest zupełnie nieprzewidywalna. Ale generalnie są to świetnie koncerty, nieco inne, niż takie „zwyczajne”. Bo ludzie przychodzą nie tylko po to, żeby czegoś posłuchać. Przychodzą jeszcze w innym celu. Wiedzą, że koncert odbywa się z okazji zbiórki pieniędzy na jakiś dobry cel. W końcu można się spotkać na przykład na herbacie charytatywnej. Wypijemy sobie herbatę, zbierzemy pieniądze i pójdziemy do domu. Można i tak. Ale inaczej jest na koncercie -spotkamy się, zbierzemy pieniądze i posłuchamy koncertu.
Takie przyjemne z pożytecznym.
Miejmy nadzieję, że przyjemne...
Sądząc po reakcjach widowni - bardzo przyjemne.
Bardzo się cieszymy, że takie właśnie były reakcje publiczności. Jesteśmy bardzo wdzięczni publiczności w Środzie za jej wielką życzliwość.
Czyli dobrze się w Środzie grało?
Rewelacja! W Środzie w sobotę grało się fantastycznie.
Po koncercie odwiedziliście też Piotra i Michała Staniszewskich w ich domu.
Tak, jak zobaczyliśmy, co wisi u nich na ścianie, zagraliśmy im jako pierwszy hymn Wisły Kraków. Potem dopiero zaśpiewaliśmy im jedną z naszych piosenek. W tym minikoncercie znalazł się jeszcze taki hit jak piosenka z filmu „Czterej pancerni i pies” i przeboje discopolo zagrane w wersji rockowej.
Na takim koncercie charytatywnym gra się jakoś inaczej?
Nie. Zawsze, kiedy gramy, nam musi to sprawiać przyjemność. I nieważne, jaki to jest koncert i gdzie. Jeżeli ktoś nas zaprasza na koncert, to znaczy, że chce, abyśmy grali tak, jak gramy. A więc nie rozróżniamy miejsca ani celu koncertu. Czasami tylko na przykład prezentujemy nieco łagodniejszy repertuar, jeśli jest taka potrzeba i okazja. A więc sam układ programu danego koncertu zależy od tego, kto przyszedł nas posłuchać. Ale główną zasadą jest to, że zawsze staramy się zagrać najlepiej jak możemy, jak potrafimy.
Jesteście z Krakowa. O Krakusach mówi się, że to sami poeci i że chodzą z głową w chmurach.
Ale my jesteśmy w większości z Nowej Huty. Ci z Krakowa mówią o nas, że to już nie Kraków. To jest „Nowa Huta za Krakowem”. Nie jesteśmy typowo krakowską grupą, nie gramy w klubach i nie jesteśmy poetami. Każdy z nas ma swoją pracę. Jeśli ktoś zaprosi nas na koncert, to pakujemy się i jedziemy, ale nie gramy „na stałe”. W Krakowie koncertujemy - na przykład w tym roku - trzy razy. A więc za bardzo nie utożsamiamy się z tym środowiskiem.