Zbigniew Król - Po wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego i potem ostatecznym werdykcie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, spadł panu kamień z serca?

Paweł Tomczak - Od samego początku byłem pewny, że sprawiedliwość jest po mojej stronie. Mówiłem też, że składanie takiego wniosku do sądu w celu podważania moich kompetencji jest absurdalne. Jeśli chodzi o to, czy spadł mi kamień z serca, to widzę to inaczej. Mówiąc szczerze, to nie ja mam powody do zadowolenia, ale do wstydu mają powody ci, którzy ten wniosek złożyli.

 

Znamy się nie od dzisiaj. Jestem w Środzie od 2000 roku, czyli ponad 20 lat. Większość osób, także tych, które składały ten wniosek, znała mnie wcześniej z racji wspólnych działań biznesowych i charytatywnych, bo bank, w którym pracowałem, sporo tu działał. Było to dla mnie zaskoczeniem, że te osoby zupełnie nie brały tego pod uwagę i wystąpiły z taką, moim zdaniem, bezsensowną inicjatywą. Było to dla mnie przykre, że mimo iż się znaliśmy i wiedzieli, jakimi kompetencjami dysponuję, zrobili to, co zrobili.

 

W tym sporze nie chodziło przecież bezpośrednio o pana. To była walka dwóch stron, spór ze starostą, a pan stał się ofiarą tego sporu.

Oczywiście, wiedziałem, że jestem jednym z elementów sporu politycznego. Powiedzmy sobie szczerze, cała ta „wojna” miała kilka bitew i wszystkie te bitwy oponenci starosty przegrali. Czy mówimy o sprawach związanych z powołaniem członków zarządu, czy o moim kontekście – wszystkie te sprawy w sądzie przegrali.

Ta wojna była niepotrzebna, była niepotrzebnym robieniem fermentu i zamieszania w radzie.

 

Poniósł pan koszty tego sporu?

Tak. Może nie ucierpiała na tym moja praca, ale na pewno w moim przypadku finanse. To była kwota kilkutysięczna. Jako pozwany broniłem się w tej sprawie prywatnie, dlatego musiałem skorzystać z pomocy prawnika i poniosłem w związku z tym koszty. Proszę wziąć pod uwagę, że musiałem się bronić, poniosłem koszty, a wszyscy odpowiedzialni za tę sytuację nie ponoszą teraz żadnych konsekwencji, ani finansowych, ani żadnych innych. Jedyną konsekwencją była ta polityczna, związana z wyborami. Tak, ponieśli kolejną klęskę w kolejnej bitwie.

 

Przypomnijmy, o co chodziło w sporze. Oponenci zarzucali panu brak odpowiedniego dokumentu poświadczającego kompetencje. Ówczesny wojewoda przychylił się do tych argumentów i skierował sprawę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który w pierwszej instancji również stanął po stronie wojewody.

Moja kariera zawodowa jest ponad 30-letnia i trudno było udokumentować ten konkretny rodzaj działalności. Moje doświadczenie w rachunkowości i księgowości było związane z wcześniejszą pracą w oddziałach poznańskich, byłem też dyrektorem oddziału we Włocławku. Te jednostki funkcjonowały kiedyś inaczej niż dziś. Posiadały głównego księgowego, księgowość, a cała odpowiedzialność dyrektora oddziału, do około 2002 czy 2003 roku, polegała na tym samym, co każdego właściciela firmy w Polsce. Musieliśmy prowadzić księgowość, robić sprawozdania, bilanse. Zawsze się temu dziwiłem, że sąd czy wnioskodawcy mieli do mnie zastrzeżenia, bo nie mogę udokumentować, że księgowałem przelewy…

 

Ale czy tego oczekujemy od skarbnika powiatu, żeby księgował przelewy?

Dokładnie o tym mówię. Miałem praktykę w wydziale księgowości w jednym z oddziałów, ale potem zajmowałem się tym, czym zajmuję się w tej chwili jako skarbnik: zarówno kontrolą w zespole księgowości, który wtedy funkcjonował, jak i sprawami budżetowymi. Oddział banku też realizował swój budżet, oczywiście bardziej dochodowy niż wydatkowy, ale praca polegała prawie na tym samym. To był dla mnie kolejny absurd.

Przychodząc tutaj na stanowisko wiedziałem, że będę robił dokładnie to samo, oczywiście w innych realiach, bo samorząd funkcjonuje inaczej niż korporacja, ale ogólne działania są bardzo zbliżone.

 

Naczelny Sąd Administracyjny uchylił ten wyrok pierwszej instancji i zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia.

Przygotowałem sobie fragment uzasadnienia. Naczelny Sąd Administracyjny wskazał na to, czego nie wziął pod uwagę sąd wojewódzki. Cytuję: "Sądowi pierwszej instancji umknęło jednakże, iż pod pojęciem rachunkowości jednostki, zgodnie z przepisami ustawy o rachunkowości, stosuje się [ona] do podmiotów, do których ustawodawca zaliczył jednostki organizacyjne działające na podstawie przepisów prawa bankowego". Sąd wskazał więc na podmioty, w których pracowałem w latach 1993-2019, w tym na stanowiskach kierowniczych, nadzorując daną jednostkę. Sąd wojewódzki nie wziął pod uwagę tej oczywistej kwestii, że podlegałem też prawu bankowemu. NSA stwierdził, że sąd pierwszej instancji naruszył przepisy prawa materialnego, nie dokonując ich prawidłowej wykładni. W konkluzji: "Sąd pierwszej instancji nie zbadał chociażby dokumentacji pracowniczej Pawła Tomczaka pod kątem całokształtu jego pracy w bankowości". I stąd całe to zamieszanie.

 

Cała procedura trwała od 2021 roku. Czy te sprawy administracyjno-sądowe wpływały na pana codzienną pracę? Pytam o komfort psychiczny.

Wiadomo, że w pierwszym okresie byłem trochę zdegustowany tą postawą, można nawet powiedzieć, że wstrząśnięty, iż takie rzeczy mają miejsce. Natomiast one zupełnie nie wpływały na naszą pracę. Muszę podkreślić, że mimo iż mam duże doświadczenie w korporacji, to praca w urzędzie, a zwłaszcza tutejsi pracownicy – moi współpracownicy i pracownicy w całym urzędzie – to naprawdę niesamowicie kompetentne osoby. Mogę to z całą stanowczością powiedzieć.

 

Wiele współpracowałem z kompetentnymi ludźmi, ale tutaj naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Byli bardzo zaangażowani. Dlatego nie miało to specjalnego przełożenia na pracę. Ja czułem się troszkę niekomfortowo, ale moi pracownicy działali sprawnie, tak jak powinni. Zresztą podnosiłem też kwestię kontroli, zwłaszcza jednej kontroli Regionalnej Izby Obrachunkowej, która zupełnie nie zakwestionowała mojego powołania. Osoby, z którymi kontaktowałem się w ramach współpracy w regionalnej izbie, były, delikatnie mówiąc, zaskoczone takim obrotem sprawy.

 

Czy po wyroku ktoś z pana adwersarzy zadzwonił z przeprosinami?

Nie, nie było takiej sytuacji. Nikt nie zadzwonił. Gratulowali mi raczej ci, którzy mi sprzyjali, natomiast ci, którzy byli powodem tych konfliktów – nie. Tak jak mówiłem na początku, byłem ofiarą tej całej sytuacji związanej z deklaracjami, które miały miejsce w poprzedniej kadencji. Trochę ucierpiał na tym mój przebieg kariery, której nie mam się czego wstydzić, bo pełniłem bardzo odpowiedzialne stanowiska.

Chcąc pracować dla tego miasta i powiatu, w którym żyję od 25 lat, czułem, że ktoś podważył moje poczucie, że robię coś dobrego dla tego miejsca, nie biorąc pod uwagę tych argumentów.

 

Ważne było chyba jednak wsparcie starosty średzkiego, który nigdy nie miał wahań co do pana kompetencji.

Dokładnie tak. Wsparcie starosty było podstawową rzeczą, jego ciągłe popieranie moich działań. To nie było tak, że nie braliśmy tych kwestii pod uwagę przy moim powołaniu. Wyjaśniałem w starostwie, jaka jest moja sytuacja zawodowa, analizowaliśmy zasady wyboru skarbnika. Jednak dla starosty było oczywiste to, co było oczywiste dla mnie – że mam te kompetencje i absolutnie nie mamy się czego obawiać, że ktoś je podważy. Przeszliśmy do porządku dziennego analizując, co chcemy zrobić, a nie czy mam kompetencje. Jak widać, mieliśmy rację.