Mój dzisiejszy tekst stanowi ważne uzupełnienie do naszej schematycznej wiedzy o tamtych wydarzeniach. Aby ta opowieść była bardziej przejrzysta, postaram się zrobić to w kilku odsłonach.
Odsłona pierwsza. Kim była Ruth von Unruh?
W pierwszych latach XX wieku wieś Ulejno z przyległymi dobrami przeszła w ręce mocno zniemczonej międzychodzkiej linii rodziny von Unruh. Właścicielem wsi był porucznik w stanie spoczynku Heinrich von Unruh, a przed wybuchem II wojny światowej majątkiem zarządzała młoda Ruth von Unruh.
Czuła się Niemką z krwi i kości, jednak nie zawahała się użyć swojego autorytetu, gdy trzeba było ratować i poręczyć za wywodzącego się z „polskiej linii” krewnego, Franciszka Unruga, dziedzica Wyszakowa, porucznika ZWZ–AK i „po uszy” zaangażowanego w działalność konspiracyjną w powiecie średzkim. Dzięki jej wstawiennictwu gestapo zwolniło por. Fr. Unruga, co umożliwiło mu dalszą działalność.
Młoda dziedziczka von Unruh mieszkała wówczas w Ulejnie w pięknym dworze, w otoczeniu parku o założeniu angielskim. Tak było od wieków, że każdy właściciel ziemski tworzył swoją lokalną „stolicę” – znak rozpoznawczy właściciela włości, który był rodzinną siedzibą rodu. W jej majątku pracowali miejscowi Polacy, którzy nie mieli powodu, aby narzekać na traktowanie ze strony niemieckiej właścicielki.
Odsłona druga. Majątek Dębicz, sąsiedztwo wsi Ulejno
Zaledwie kilka kilometrów od Środy, przy drodze w kierunku do Giecza, znajduje się miejscowość Dębicz, do okupacji niemieckiej majątek ten należał do Stanisława Madalińskiego, a jego ziemie sąsiadowały z włościami należącymi do wspomnianej niemieckiej rodziny von Unrug. Różnie bywało z sąsiadami, ale w tym przypadku relacje były poprawne, przynajmniej tak wynika ze wspomnień Ruth von Unruh, która 28 marca 1981 roku, na łamach zachodnioniemieckiej gazety Die Welt opublikowała swoje wspomnienia – jest to trochę chaotyczny i „porwany” obraz wydarzeń z jesieni 1939 roku, czyli z pierwszych tygodni niemieckiej okupacji na ziemi średzkiej.
Młoda Ruth, po ponad trzydziestu latach od agresji Niemiec na Polskę, wspominała z nostalgią piękno przyrody i spokoju, jakich doświadczała żyjąc w swoim majątku w Ulejnie. Cytuję jedno ze zdań: „(…) żadną drogą nie jeździłam tak chętnie jak szeroką piaszczystą drogą leśną prowadzącą do gospodarstwa moich polskich sąsiadów Madalińskich. Rosły tam piękne wysokie stare jodły i brzozy, często spotykałam tam właśnie syna polskiego dziedzica młodego Madalińskiego, który galopował na swoim koniu. Polował tam na ptaki, zawsze pozdrawiał mnie serdecznie (…)”. Po śmierci swojego ojca w 1937 r., młody Stanisław Madaliński stał się spadkobiercą dużego majątku w Dębiczu. W chwili wybuchu II wojny światowej miał zaledwie 26 lat. Trzeba przyznać, że wspomnienia Ruth von Unruh to bardzo ciekawe opisy zdarzeń, które pozwalają spojrzeć na niemiecki mord z 20 października 1939 roku, z nieznanej dotychczas strony. Ale nie tylko. Gdzieś, jakby na drugim planie, pojawia się ogromne rozczarowanie niemieckiej dziedziczki postawą Niemców, kulturalnego narodu, których wkroczenie traktowała w pierwszych dniach wojny jako wyzwolenie. Jednak kolejne tygodnie i miesiące zmieniały stworzony przez nią obraz nieskazitelnych wspaniałych Niemców. Bo sama doświadczyła od swoich „wyzwolicieli” upokorzeń i szyderczych uśmiechów. Zobaczyła ich w innym świetle i jak napisała w tytule swoich wspomnień: „Moi wyzwoliciele nauczyli mnie strachu”. Dlaczego? Bo nie zdając sobie sprawy, czym było Gestapo, jaki cel przyświecał niemieckim okupantom i jakie zadania wobec Polaków mieli naziści, naiwnie chciała poznać prawdę, co się stało z jej sąsiadem, młodym Stanisławem Madalińskim…
Odsłona trzecia. Wybrane obrazy (cytaty) ze wspomnień Ruth von Unruh
„(…) W pierwszych dniach września 1939 r. wszystko było dla nas trudne. Radość, że jako Niemcy znów do Niemiec należymy była duża i była w nas wiara w niemiecką sprawiedliwość i ludzkie traktowanie. Ale ciemne były te pierwsze tygodnie wojny przez mordowanie niemieckich przesiedleńców. Na początku wojny więzienia były otwarte i rozszerzał się chaos. Nie było autorytetu, któremu można by było zaufać. Tylko nasi polscy pracownicy byli wierni i nawet chowali w swoich łóżkach nasze srebra i wartościowe rzeczy. Po zakończeniu walk (kampanii wrześniowej – przypis autora), pojawił się u mnie SS-man „B” i zapytał w czym może mi pomóc, czego potrzebuję (wysoki blondyn o dobrych manierach). Przyniósł jedzenie i naftę. W każdym Niemcu, który pojawiał się w mundurze widzieliśmy szlachetnego człowieka. Oficer opowiadał o trwałych wartościach niemieckiej kobiety. Wtedy usłyszałam po raz pierwszy patetyczne słowa o niemieckim narodzie, który ma być panem nad innymi. Wspomniał kiedyś o rozstrzelaniu ludzi, których dosięgła kara za mordy na Niemcach. Kiedyś przybył do mnie komendant „T” (komisarz kryminalny Franz Torman – przypis autora), wysoki dobrze wyglądający i zadbany. Przyniósł mi gazety. Był miły, rycerski, gotowy do pomocy i z dobrymi manierami. Tak sobie zawsze wyobrażałam swoich „wyzwolicieli”. Wciąż mówił o czystej szlachetnej krwi rasy panów. Na dłuższą metę jego odwiedziny stały się męczące. Pewnego dnia pojawił się znowu ten pierwszy SS-man „B”, tym razem z jakimś młodym cywilem. Mówili między sobą o jakiejś akcji. Nie rozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Około północy młody cywil naciskał na SS-mana aby już sobie poszli. Odchodząc usłyszałam „może zrobimy sobie skrót przez las”. Miałam dobre relacje, nawet przyjacielskie z rodziną „M” (Madalińskich – przypis autora). Dlaczego tamtego wieczora nie pojawił się u mnie ostrzegający głos, dlaczego wtedy nie ruszyło mnie sumienie, przeczucie, dlaczego nie pojawiła się nieufność, gdy zobaczyłam wymianę dziwnych spojrzeń między nimi dwojga... Następnego dnia pojawiła się u mnie starsza pani „M”. Była bardzo zdenerwowana i poruszona, ubrana na czarno bo niedawno jej córki straciły mężów. Mówiła, że wczoraj po północy wysoki SS-man i jego towarzysz walili w drzwi a potem zabrali jej syna, nie podając powodu mimo, że był w gorączce i z zapaleniem nerek leżał w łóżku. A to byli moi wczorajsi goście. Przyszła do mnie mając nadzieję, że mam jakieś stosunki tymi ludźmi. Pocieszałam zapłakaną starszą panią „M” jak mogłam, tłumaczyłam mojej sąsiadce, że to pewnie jakaś pomyłka i jej synowi nic nie mogło się stać. Na drugi dzień pojechałam do Środy, w willi lekarza (dom dr. Sikory na Górki – przypis autora) znalazłam wreszcie Gestapo, o którym dotychczas wcale nie słyszałam. Widziałam jak tam wchodzono i wychodzono trzaskając drzwiami. Przedłożono mi tam wszystkie listy ale nazwiska młodego „M” nie mogłam znaleźć. Wśród nowo aresztowanych też go nie było. To mi ulżyło. Wszyscy ci na gestapo wydali mi się uprzejmymi ludźmi, ale patrząc na mnie mieli dziwne miny. I w tym momencie wyszedł ze swojego biura wspomniany wcześniej pan „T”- komendant. Jego oczy były lodowate i z sarkastycznym uśmiechem zapytał „a właściwie dlaczego Pani wstawia się za Polakami?” W mieście wszyscy biegali po ulicach, był dziwny duży ruch. Spotkana przypadkiem na ulicy dziewczyna powiedziała, że muszę szybko iść na rynek bo będą rozstrzelania. Ale zawróciłam konia i wyjechałam z miasta, kiedy mijałam ostatnie domy usłyszałam trzy salwy. Pojawiła się u mnie siostra młodego „M” i powiedziała, że jej brat został zamordowany. Powiedziałam, że widziałam listy i go nie było. Od tego momentu wszystko zaczęło się zmieniać. Były wezwania na Gestapo gdzie kazano mi teraz dłużej czekać, nie było uprzejmie, rzucano mi listy z nazwiskami i odsyłano mnie z pogardliwymi uśmiechami. Zapytałam też o rozstrzelanych na rynku. Zapytałam, które sądownictwo tak szybko mogło rozpatrzyć sprawy? Mój nieśmiały zarzut i pytanie wszystkich rozbawiło. Usłyszałam, że po to jest SS i może mi wyjaśnić. Byłam też u Landrata (starosty)a ale też nic nie wiedział. Przypatrywał mi się z zaciekawieniem i zapytał czy wiem co to jest Gestapo i że mam nie troszczyć się o innych. Wychodząc wpadłam na szefa Gestapo „T” (Tormana), ubranego w czarny elegancki mundur. Bez pozdrowienia minął mnie i był już prawie na ulicy, ale odwrócił się i powiedział „tak na marginesie, to ten pani mały polski Madaliński w zeszłym tygodniu został rozstrzelany na rynku. Mogła się pani temu przyglądać”. Poczułam się jakbym wpadła w lodowatą wodę i ledwo przeszłam przez ulicę aby szybko wrócić do domu. Rozpaliłam w kominku i tak siedziałam cała się trzęsąc.
Myślałam, czy to wszystko można nazwać „wyzwoleniem”, wierzyć w to dobro i dziecięco naiwnie trzymać się tej wiary… Około wieczora, o zwykłej godzinie usłyszałam wóz starszej pani „M”. Nie mogłam tego wszystkiego powiedzieć tej schorowanej kobiecie, poprosiłam polskiego robotnika aby przekazał jej te informacje, a służącej, że jestem chora i nie mogę zejść na dół. Nigdy nie mogłam pozbyć się wyrzutów sumienia, że kazałam tej biednej kobiecie odjechać. Czy to było z mojej strony tchórzostwo? A może pani „M” pomyślała, że od początku ją okłamywałam. Już nigdy więcej nie zobaczyłam ani matki ani jej córek (rodzina Madalińskich została wysiedlona, a majątek przejął Niemiec – przypis autora). Później pojawił się raz jeszcze SS-man „B” w dobrym nastroju i pewny siebie. Chciał abym zorganizowała mąkę i inne artykuły spożywcze dla jego rodziny w Rzeszy. Przypomniało mi się, że tamtego wieczory kiedy mnie odwiedził z młodym cywilem mówili o jakiejś liście, na której było 29 nazwisk, a on żartował wtedy, że to dziwna nieokrągła liczba, uroda błędu. Bo 30, to brzmiałoby dużo lepiej. A teraz stał niedbale oparty o drzwi z papierosem w ustach, a mnie przypomniał się los mojego młodego sąsiada „M”. Więc zostawiłam go tak jak stał i zatrzasnęłam drzwi. Tą szeroką drogą jechałam ostatni raz na początku 1945 roku. Znowu wszystko się zmienił i krzyż na rozstaju dróg już nie stał. Jacyś partyjniacy towarzysze go zniszczyli i wykorzystali do pracy w polu jako brony… Można pomyśleć, że Boska ręka dotknęła zakrwawionej ziemi, którą zabrano państwu Madalińskim…”.
Przygotował Andrzej Gogulski
- Wykorzystałem materiały, które otrzymałem z niemieckiego Bundesarchiv w Ludwigsburgu, w związku z przygotowaniem publikacji III cz. „Dzieje powiatu i ziemi średzkiej”. Bardzo dziękuję za tłumaczenie p. Bogusławie Deiksler
