Szkoły – w zdecydowanej większości – mają już swoje regulacje w tej materii. Czy regulacje są skuteczne, to już zupełnie inna sprawa. Klasa polityczna, od lewa do prawa, zdaje się mówić jednym głosem, że ustawa jest potrzebna. Nie ma wątpliwości, że smartfon w ręku dziecka podczas zajęć lekcyjnych – oczywiście poza realizacją celów edukacyjnych wskazanych przez nauczyciela - to przede wszystkim potężny rozpraszacz. Pokusy mediów społecznościowych, gier i komunikatorów są zbyt silne, by mogła z nimi wygrać nawet najciekawsza lekcja.
Nauczyciele od lat alarmują, że walka o uwagę ucznia jest z góry przegrana, gdy pod ławką kryje się okno na cały cyfrowy świat. Skutki to nie tylko gorsze wyniki w nauce, ale też pogłębiające się problemy z koncentracją, które wychodzą daleko poza mury szkoły.
Druga, jeszcze mroczniejsza strona medalu, to przemoc rówieśnicza. Smartfon stał się narzędziem do nagrywania, ośmieszania i nękania. To, co kiedyś kończyło się wraz z dzwonkiem na przerwę, dziś żyje w sieci 24 godziny na dobę, niszcząc psychikę młodych ludzi. A szkoła musi być miejscem bezpiecznym.
Głosy sprzeciwu, głównie ze strony rodziców, być może mają swoje racje. Główny argument z ich strony to potrzeba kontaktu z dzieckiem i zapewnienie mu bezpieczeństwa w drodze do i ze szkoły. Jednak proponowane rozwiązania nie zakładają całkowitej konfiskaty telefonów, a jedynie obowiązek ich wyłączenia i schowania na czas pobytu w placówce. Kontakt w nagłych wypadkach wciąż będzie możliwy przez sekretariat.
Projektowana ustawa nie jest zamachem na wolność ani próbą cofnięcia nas do epoki kamienia łupanego. Jest próbą ratowania tego, co w edukacji najważniejsze: skupienia, bezpośrednich relacji i psychicznego dobrostanu uczniów. To odważny, ale konieczny krok w stronę uzdrowienia polskiej szkoły. Celem nie jest cyfrowa prohibicja, lecz odzyskanie przestrzeni do nauki.
Zbigniew Król
Redaktor naczelny
zbigniew.krol@gazetasredzka.pl
