ratownik medyczny
Urodzony średzianin, strażak ochotnik, miłośnik motoryzacji, szczęśliwy mąż, tata i w końcu – ratownik medyczny. Po ukończeniu „ogólniaka” w Środzie rozpoczął studia na kierunku ratownictwo medyczne. Po dwóch latach studiów, zdał prawo jazdy na samochody ciężarowe, później pracował jako kierowca. Ratownictwo dokończył – zaocznie. – W tygodniu praca, w weekend szkoła – wspomina. Gdy obronił licencjat, w 2019 roku rozpoczął pracę w średzkim szpitalu. Jak sam podkreśla, ratownictwo było zawsze jego marzeniem i pasją. – Wszystko za sprawą taty. Obserwowanie karetek, sygnałów i samej pracy już robiło na mnie ogromne wrażenie. Gdy stawałem się starszy, zacząłem słuchać opowieści taty z pracy. Czułem, że to jest to – mówi Gerard Furmanek. To właśnie tata jest jego zawodowym autorytetem. 
Wspomina, że pierwszy dyżur w karetce był dla niego ogromnie stresujący. – Szczegółów nie pamiętam, ale na pewno sporo wtedy jeździliśmy. Emocje były ogromne – wspomina Gerard Furmanek. Podkreśla, że praca ratownika to częsta walka ze śmiercią, ratowanie dzieci czy osób, które zna się z ulicy. I dodaje tym samym jak ważne jest wsparcie w tym zawodzie, chociażby ze strony najbliższych. – Mam wspaniałą żonę i dwójkę dzieci. Wiem, że gdy tylko potrzebuję o czymś porozmawiać, to zawsze mogę na Julię [żona – red.] liczyć. To ogromne wsparcie w tej pracy – mówi. I dodaje: Często nie ma czasu myśleć o tym, co się na danym wyjeździe wydarzyło, bo za chwilę jedzie się na następny. Oczywiście, jest myśl, że to jest czyjaś żona, babcia, po prostu ktoś bliski. Gdy człowiek odchodzi to zawsze jest to tragedia, ale to część mojej codzienności, mojej pracy. Nie mogę się w tym zatracić, bo po prostu bym dostał na głowę. 
Z relacji Gerarda Furmanka wynika, że ratowników medycznych zaczyna brakować. – Patrząc na to, co się dzieje, na płace, na to jak nas rząd traktuje, to jest to zawód coraz rzadziej wybierany. My nawet nie mamy prawa wykonywania zawodu. Mam tytuł licencjata i to wszystko. Dopiero w tym roku coś się ruszyło, a ustawa o ratownictwie medycznym jest w sejmie - mówi. Jego zdaniem, dzisiejszy obraz pracy i tego jak działa pogotowie jest najczęściej zafałszowany przez telewizję i powszechnie znane seriale o pracy ratowników medycznych, które – jak przyznaje, szkodzą wręcz społeczeństwu. To często przez obraz serwowany przez telewizję ludzie myślą, że karetka zawsze przyjedzie, a ratownicy są od wszystkiego. – Gorączka od trzech dni, ból nogi od trzech lat, ból zęba - to wydarzenia, do których jeździmy. Ostatnio jeden pan wezwał ratowników, bo myślał, że przywiozą mu doładowanie do telefonu. Takie rzeczy się dzieją – mówi. I dodaje: 20 proc. z wyjazdów to są naprawdę rzeczy dla nas, reszta to często bzdury, które powinny być załatwione przez inne instytucje w trybie ambulatoryjnym - nie pilnym. Dlatego „Gazeta Średzka” i nasz rozmówca apelujemy: przed wezwaniem zespołu ratownictwa medycznego poważnie się zastanówmy, czy karetka jest nam faktycznie potrzebna, bo ktoś naprawdę może w danym momencie potrzebować pilnej pomocy.