Krzysztof Kubiak - Czy współczesne kampanie wyborcze będą rozgrywały się głównie w internecie?

Jakub Jakubowski - Ogromna część życia wyborców odbywa się w internecie i naturalnym jest, że tam przenosi się kampania wyborcza. Jednak w przypadku kampanii samorządowej, to internet odgrywa najmniejszą rolę. Trzeba tam publikować, działać i być, natomiast specyfika społeczności lokalnych opiera się na tym, że ludzie się znają nawzajem. Dla osób, które będą zajmowały się prowadzeniem kampanii, pewnie będzie to trudne do przyjęcia, ale w rywalizacji na poziomie samorządowym najbardziej będą się sprawdzać stare i sprawdzone metody takie jak: kampania „od drzwi do drzwi”, klasyczne billboardy czy ulotki. W samorządach wiele ludzi się zna. Pamiętam, że gdy mieszkałem przez lata w Środzie, to wiele osób rozpoznawałem bez trudu na ulicy. Oczywiście, wielu nie znałem z imienia czy nazwiska, ale gdybym zapytał już moich rodziców czy dziadków, to powiedzieliby mi bez trudu, ile ich ojciec miał hektarów, czym zajmowali się jego dziadkowie i tak dalej… Trochę ironizuję, ale rzeczywiście tak jest, że w społecznościach lokalnych znajomość często równa się zaufaniu. Dobrze z ludźmi rozmawiać i podać im dłoń podczas kampanii wyborczej. Jasne, media społecznościowe są ważne, ale na poziomie samorządowym może niekoniecznie są najważniejsze.

Czy to oznacza, że 7 kwietnia przy urnach wyborczych znaczenie będą miały nie tyle założenia programowe i faktyczne pomysły, co fakt, że wyborca poznał osobiście kandydata i przypadł mu do gustu?

Na każdym poziomie wyborów tak jest. Konia z rzędem temu, kto w ostatnich wyborach parlamentarnych przeczytał program wyborczy partii bądź program kandydata, na którego zagłosował. Kierujemy się wieloma czynnikami podejmując decyzję. Kiedy kandydat ma wpisane na swojej liście programowej wylanie asfaltu na naszej ulicy, to naturalnie taki postulat jest nam bliższy. Jeśli w programie jest zapisane, że będzie po prostu lepiej – to oddziaływanie takiego argumentu będzie mniejsze. Inni wyborcy kierują się emocjami. Kandydat może wzbudzać sympatię swoim wyglądem, faktem uściśnięcia dłoni podczas przechadzania się ulicą. Czasem ludzie uważają, że lepsza jest kontynuacja, bo po co coś zmieniać, skoro jest dobrze? Sytuacja w każdej gminie jest inna, a kandydaci powinni więc wziąć pod uwagę szereg czynników. Nie każdemu w końcu uścisk dłoni przychodzi naturalnie, niektórzy muszą się do niego zmuszać, a inni muszą reżyserować formy spotkań z wyborcami. Dla kolejnego kandydata ważne będą media społecznościowe, gdzie oprócz zwykłych form tekstowych pomocne mogą być spotkania na żywo, materiały video itd.

Jakie są najpopularniejsze techniki prowadzenia kampanii w internecie?

To zależy od tego, do kogo kampania ma być kierowana. Każdy kanał dotarcia ma inną specyfikę. Dla jednego wyborcy tym istotnym kanałem przekazu będzie Facebook, dla kolejnego Instagram, a dla innego TikTok. Przed nami pierwsza kampania samorządowa z TikTokiem. Ciekawe będzie obserwowanie, czy ktoś pójdzie w tym kierunku. Choć myślę, że wielu kandydatów nie docenia wagi YouTube. Jest też Twitter, obecnie X. Jednak to bardziej forum ogólnopolskie. Nie bez znaczenia są wszelkiej maści grupy mieszkańców i fora, gdzie trwają dyskusje i rozgrywają się „dramaty” dotyczące spraw lokalnych. Kandydaci powinni tam być, a na pewno powinni o tych miejscach pamiętać.

Mówimy o internecie, który naturalnie wiąże się z hejtem i anonimowymi kontami. Jak mogą one wpływać na decyzje wyborców?

W pewnym stopniu mogą. Jednak, jak już wspomniałem, specyfika wyborów samorządowych jest inna niż tych ogólnopolskich.

 

Fora lokalnych dyskusji i sporów to miejsce, gdzie liczba osób czytających to pewnie około kilkuset, a osób wypowiadających się - często emocjonalnie i niekiedy przekraczających granice prawne – to w sumie kilkanaście albo kilkadziesiąt zaangażowanych internautów. Trzeba mieć z tyłu głowy, że to mogą być osoby po prostu zwerbowane przez sztaby wyborcze.

 

Cały czas to jednak kilkusetosobowa bańka, która przy remisowych sytuacjach może mieć znaczenie. W kampaniach samorządowych to, co dzieje się w internecie jest głośne, emocjonalne, widoczne i ważne dla zainteresowanych polityką lokalną, dziennikarzy i samych kandydatów. Jednak nie wiem, czy dla społeczności gminnej, która głosuje na burmistrza czy radnego jest to tak bardzo istotne.

W internecie tworzą się wirtualne scenariusze, a nawet pojawiają się pierwsze sondy powstałe na grupach facebookowych. Niektórzy mianują już przyszłego burmistrza Środy. Na ile to jest reprezentatywne?

Nie jest w żaden sposób reprezentatywne. Może to być oręże w walce o głosy, a kandydaci mogą pochwalić się wynikami w swoich mediach społecznościowych, gdy są one dla nich korzystne. Jednak mało ludzi ma świadomość, jaka jest specyfika takich sond i jaki mają związek z rzeczywistością. Pod względem przekonywania ludzi, że jest się liderem sondaży, jakiś wpływ może to mieć, ale należy piętnować takie pseudobadania i należy je demaskować, bo ich reprezentatywność jest zerowa. Reprezentatywność polega na tym, że grupa, którą badamy musi odzwierciedlać społeczeństwo, które diagnozujemy. Liczy się tutaj wiek, płeć, wykształcenie i szereg innych kryteriów. Jeśli zagłosuje sto przypadkowych osób, z czego kilkadziesiąt to zaangażowani politycznie, a reszta to np. tylko osoby młode – nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością.

Mówi się, że łatwiej przeprowadzić sondaż w skali kraju, niż w małej gminie…

W skali gminy potrzeba co najmniej kilkaset osób. To sprawia, że jest to po prostu drogie. Zamożne media, albo centrale partyjne, mogą sobie pozwolić na takie badania. Zatem przeprowadzanie w małej gminie sondażu na co najmniej kilkuset osobach, bo tylko wtedy to ma sens – jest bardzo trudne. Jest to najczęściej sondaż telefoniczny i nie jest to tylko telefonowanie, ale także poszukiwanie osób, które wypełniają część określonej próby sondażowej. W pewnym momencie może zabraknąć w badaniu na przykład kobiet w wieku 50 lat. W końcu będzie trzeba dzwonić i próbować bardzo często znaleźć takie osoby, co jest czasochłonne. Zatem podsumowując, w skali gminnej to nieopłacalne i robi się to dość rzadko.

Wróćmy do hejtu. Czy nie jest tak, że hejt, jak i pewien szum niekiedy sprzyja kandydatom i jest im czasami na rękę?

Tak, kierując się starą marketingową zasadą „nie jest ważne jak mówią, ale ważne, żeby nie pomylono nazwiska”. W skali krajowej, a nawet międzynarodowej widać to bardzo dobrze. Donald Trump nie słynie ze specjalnie dyplomatycznych wypowiedzi, co skutkuje ogromnym zainteresowaniem mediów. Polska skrajna prawica jest nadnaturalnie popularna w mediach społecznościowych w stosunku do sondaży. Ich konta w mediach społecznościowych mają dziesiątki, a niekiedy setki tysięcy polubień, a wyniki wyborcze zupełnie tego poparcia nie oddają. To, co skrajne, niesie się często najlepiej. Emocje, kontrowersje i złe emocje zwiększają kliknięcia i wyświetlenia. Trzeba jednak pamiętać, że jest to gra ryzykowna, bo może obrócić się przeciwko kandydatowi czy kandydatce. Kto igra ze skrajnymi emocjami, sam może nimi oberwać.

Jakie możemy wskazać najczęstsze błędy kandydatów w kampanii wyborczej?

Niedocenienie prostych rozwiązań. Skoro są proste, to mogą się wydawać zbyt czasochłonne czy za mało postępowe. W społecznościach lokalnych kampania „od drzwi do drzwi” wymaga wychodzenia paru par butów. To jest coś szalenie ważnego w kontekście poznania człowieka, poczucia się przez niego docenionym. To jedyne wybory, kiedy jest to realne. W wyborach prezydenckich nie ma możliwości poznania osobiście kilkudziesięciu milionów osób. Inną kwestią jest technologia. W ostatnim czasie mówi się sporo o sztucznej inteligencji, która w wyborach lokalnych może wspomóc np. w napisaniu programu. Tekst poparcia, który może być umieszczony w mediach społecznościowych, zapewne szybciej niż człowiek wygeneruje właśnie sztuczna inteligencja. Trudno będzie wygrać za chwilę wybory bez wspomagania wirtualnej rzeczywistości.


Kandydaci w gminach czy powiatach nie mają zapewne takiego budżetu, aby zatrudnić kilka osób do żmudnego tworzenia treści w internecie. Sztuczna inteligencja zrobi to w ciągu kilku minut, a nawet sekund. Może to paradoks, ale wykorzystanie tradycyjnych metod z wiarą w nowoczesną technologię to połączenie, które w tych wyborach będzie jedną z recept na sukces.

Dlaczego ciągle dzieje się tak, że bardziej interesuje nas polityka krajowa, niż samorządowa?

To się dopiero okaże, czy w ostatnim czasie się coś w tym temacie nie zmienia. Jeśli zainteresowanie polityką lokalną czy krajową mierzyć frekwencją wyborczą, to jeszcze nie wiemy, czy frekwencja z wyborów parlamentarnych to był zryw wyborczy czy też po prostu – moment przebudzenia, który powtórzy się także w wyborach lokalnych. Przewiduję, że frekwencja na poziomie lokalnym będzie trochę mniejsza. To kwestia emocji, ale pewnie lepiej, że lokalnie jest ich mniej, bo dzięki temu te kampanie są spokojniejsze, bardziej merytoryczne, oparte na uściskach dłoni i rozmowie przy kawie, a nie emocji z kolejnych wydań „Faktów”, „Wydarzeń” czy „19:30”. Na ten moment trudno powiedzieć, w którą stronę to pójdzie. Równie dobrze to, co jesienią okazało się społecznym przebudzeniem może wpłynąć na większe zainteresowanie polityką lokalną. Zobaczymy też, czy młodzież, która dała wyraz swojej frustracji w październiku chce dalej uczestniczyć aktywnie w życiu publicznym, także na poziomie lokalnym. Wszystko przed nami.

 


dr Jakub Jakubowski – urodzony średzianin, absolwent Liceum Ogólnokształcącego im. Powstańców Wielkopolskich w Środzie. Obecnie adiunkt na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Specjalista od rynku i marketingu politycznego, a także komunikacji marketingowej i socjologii internetu. Obecnie realizuje projekty międzynarodowe: o emocjach w polityce (MORES) i wartościach w polityce zagranicznej Unii Europejskiej (ValEUs)