Jakub Brambor: Czy mógłbyś opowiedzieć, jak zaczęła się Twoja pasja do muzyki elektronicznej – i do muzyki w ogóle?
Kebu: Muzyka interesowała mnie od zawsze – jako dziecko zacząłem uczyć się gry na pianinie. Na długo przed tym, zanim którykolwiek z nas zyskał dostęp do profesjonalnego sprzętu studyjnego, nagrywaliśmy z kuzynem własne „albumy” na kasetach magnetofonowych. Najczęściej „podkradaliśmy” muzykę, która nam się podobała, i dopisywaliśmy do niej własne teksty. Jednak po kilku latach zaczęliśmy komponować autorskie utwory, w efekcie czego nasze ostatnie taśmy składały się już niemal wyłącznie z oryginalnego materiału. Moja pierwsza fascynacja muzyką elektroniczną narodziła się w dzieciństwie, gdy słuchałem kaset taty, które ten nagrywał prosto z radia. Zawsze intrygowały mnie te kosmiczne, nieziemskie brzmienia, jakie potrafił wygenerować jedynie syntezator. W tamtych czasach elektronika była nowinką – czymś, czego nie słyszało się na co dzień tak jak dzisiaj. Później przez wiele lat grałem w różnych zespołach, ale około 2010 roku na nowo odkryłem klasyczną muzykę syntezatorową, którą kochałem jako dziecko – twórczość takich artystów jak Jean-Michel Jarre, Vangelis czy Giorgio Moroder. Spróbowałem stworzyć coś podobnego, czysto dla zabawy, i nagle poczułem, że ta iskra wróciła. To był właściwy początek Kebu.
Gdybyś miał wskazać swoją jedną, największą muzyczną inspirację, swojego rodzaju wzór do naśladowania – kto by to był?
To bardzo trudne pytanie, ponieważ moja muzyka to w rzeczywistości wypadkowa wielu różnych wpływów. Gdybym jednak musiał wskazać jednego artystę, byłby to prawdopodobnie Jean-Michel Jarre. Jego twórczość pokazała mi, że można tworzyć muzykę wyłącznie za pomocą instrumentów elektronicznych – i to muzykę, która potrafi głęboko poruszyć emocjonalnie. Na dodatek wcale nie potrzebuje ona wokalu. Ogromną inspiracją byli dla mnie także Vangelis i Mike Oldfield, ale również genialni rzemieślnicy piosenki, tacy jak Dire Straits, Genesis, Dream Theater czy Rush. W tych wszystkich pionierach fascynuje mnie to, że choć tworzyli przy użyciu technologii niezwykle ograniczonej w porównaniu z dzisiejszą, ich muzyka wciąż brzmi ponadczasowo i ma w sobie ogromny ładunek ludzkiego pierwiastka.
Który utwór niezależnie od tego, czy to Twoja autorska kompozycja, czy cover daje Ci najwięcej radości podczas występów na żywo?
Jednym z utworów, które dają mi najwięcej radości podczas występów na żywo, jest bez wątpienia mój cover „Crockett's Theme”. Pojawia się tam partia „solówki basowej”, w której mogę manipulować dźwiękiem w czasie rzeczywistym. Sam bywam zaskoczony tym, jak różnie potrafi ona brzmieć za każdym razem – tylko dzięki temu, że odpowiednio „igram” z dźwiękiem, by uwypuklić konkretne nuty lub akcenty rytmiczne. Towarzyszy mi przy tym dreszcz emocji, bo te manipulacje brzmieniowe to czysta improwizacja. Dzięki temu utwór zawsze brzmi świeżo i ekscytująco, a reakcja publiczności jest niezmiennie niesamowita. Jeśli chodzi o moje własne kompozycje, podczas tej trasy ogromną przyjemność sprawia mi wykonywanie na żywo nowego utworu „Urban Skies”. Jest dość prosty pod względem technicznym, co pozwala mi włożyć maksimum ekspresji w samą grę. Momentami staje się to dla mnie wręcz medytacyjnym doświadczeniem.
Czy mógłbyś zdradzić nam swój ulubiony utwór oraz artystę wszech czasów? Zawsze ciekawie jest dowiedzieć się, czego prywatnie słuchają nasi ulubieni muzycy.
Nie sądzę, abym kiedykolwiek potrafił wskazać jeden, jedyny ulubiony utwór wszech czasów – to zmienia się w zależności od nastroju i etapu życia. Gdybym jednak musiał wybrać, postawiłbym na „Twilight” w wykonaniu Electric Light Orchestra. Ta kompozycja mieści w sobie niesamowitą ilość muzyki i brzmień skondensowanych w zaledwie kilku minutach. To jedna z tych piosenek, które jako dzieciak odkryłem na kasetach taty i która została ze mną do dziś. Kilka miesięcy temu stworzyłem nawet jej własną wersję wspólnie z Johanem Beckerem (wokalistą grupy Secret Service). W kwestii ulubionych artystów Mike Oldfield i Jean-Michel Jarre definitywnie należą do najważniejszych w moim życiu. Na co dzień słucham jednak zupełnie innych gatunków – od rocka progresywnego i jazzu, przez pop, aż po muzykę klasyczną. Myślę, że inspiracja bardzo często przychodzi z najmniej oczekiwanych stron.
