Władysław Kosiniak-Kamysz nazywa obecny przepis "niekonstytucyjnym" i pyta, dlaczego limit ma obowiązywać samorządowców, a już parlamentarzystów nie? Pytanie jest oczywiście ciekawe, ale w tym konkretnym kontekście jest formą szantażu politycznego. Lider PSL zapowiedział bowiem, że jeśli ustawa nie przejdzie, zaproponuje ograniczenie kadencji dla posłów. Czy posłowie się wystraszą?

 

Dodatkowo prezes PSL proponuje, aby kandydaci na burmistrza, wójta, prezydenta mogli startować także do innych rad. Ta ostatnia propozycja budzi mój absolutny sprzeciw, ale nie będą się tutaj dłużej nad tym rozwodzić.

 

Argumentem za zniesieniem dwukadencyjności jest przekonanie, że to mieszkańcy danej gminy, wspólnota lokalna, powinni decydować, czy chcą, aby ich wójt czy burmistrz rządził trzecią, czwartą czy piątą kadencję. Jeśli ktoś jest dobrym gospodarzem, ma wizję rozwoju, zdobywa fundusze i zaufanie mieszkańców, dlaczego odgórna ustawa ma go eliminować?

 

Ale jest i druga strona medalu. Słowo „zabetonowanie” działa na wyobraźnię i nie wzięło się znikąd. Wszyscy znamy przykłady samorządowców, którzy po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach na stanowisku tworzą wokół siebie tak szczelną sieć powiązań, że jakakolwiek kontrola społeczna czy realna konkurencja w wyborach stają się fikcją. Długie rządy mogą prowadzić do stagnacji, arogancji władzy i traktowania gminy jak prywatnego folwarku. Dwie kadencje miały być bezpiecznikiem, który wymusza rotację, powiew świeżości i daje szansę nowym ludziom z nowymi pomysłami.

Jesteśmy bardzo ciekawi Państwa zdania w tej sprawie. Czy limit dwóch kadencji powinien zostać utrzymany jako "bezpiecznik" dla demokracji, czy też należy go znieść, oddając pełnię decyzji mieszkańcom przy urnach wyborczych?

 

Zbigniew Król

zbigniew.krol@gazetasredzka.pl