Droga zawodowa Jacka Przybylskiego rozpoczęła się od solidnej edukacji technicznej. Początkowo uczył się zawodu ślusarza, by wkrótce podjąć naukę w Technikum Energetycznym na kierunku montaż odbiorników radiowych i telewizyjnych. Ówczesne realia rynku pracy sprawiły jednak, że znalezienie zatrudnienia w wyuczonym zawodzie nie było łatwe.
Wiedzę o mechanice i rzemiośle Jacek Przybylski gromadził samodzielnie od najmłodszych lat. Praktyczne umiejętności i rzemieślniczy zmysł organizacyjny znalazły wkrótce zastosowanie w działalności społecznej.
Budowa kaplicy dla Pierzchna
Jacek Przybylski był jednym z liderów budowy kaplicy w Pierzchnie. Impulsem do powstania tego miejsca była rozmowa z kapłanami odprawiającymi nabożeństwa majowe przy krzyżu w tej wsi. Po rozmowach z proboszczami kórnickimi, odpowiadającymi rejonowi za Pierzchno, Jacek Przybylski stanął na czele komitetu budowy kaplicy.
Jacek Przybylski. Fot. archiwum prywatne
Realizacja przedsięwzięcia w realiach drugiej połowy XX w. napotykała na bariery administracyjne. Ówczesny Wydział ds. Wyznań w Poznaniu dwukrotnie odrzucał dokumentację.
Wznoszenie obiektów sakralnych wymagało ciągłej współpracy między sąsiednimi ośrodkami i rozwiązywania problemów z deficytowymi materiałami. Jacek Przybylski nawiązał wówczas kontakt z ks. Aleksandrem Raweckim oraz komitetem w Jarosławcu, gdzie także powstawała kaplica. Organizowano wzajemne pożyczki partii cegieł prosto z cegielni, aby ograniczyć koszty i ułatwić logistykę na placach budowy.
- Podczas jednego z takich rozładunków doszło do znamiennego spotkania. Widząc pracujących ludzi i jedną z osób robiącą sobie przerwę, żartobliwie zwróciłem uwagę, aby ta osoba wzięła się do pracy. Okazało się, że napomnianym był młody duchowny, ks. Andrzej Marciniak, który z pełnym oddaniem wykonywał ciężkie prace fizyczne ramię w ramię z robotnikami. Był naprawdę zaangażowany i zdeterminowany - mówi Jacek Przybylski.
Konstrukcja dla św. Józefa
Kluczowy etap zaangażowania Jacka Przybylskiego w Środę wiązał się z planami wzniesienia nowego kościoła pw. św. Józefa. Plac pod przyszłą świątynię na dzisiejszym Osiedlu Jagiellońskim nie był jeszcze w pełni przygotowany, dlatego elementy stalowe zostały tymczasowo złożone na jego prywatnej posesji. Wtedy też usłyszał pierwsze zapowiedzi, że jego pomoc przy tej inwestycji będzie niezbędna.
- Głównym wyzwaniem technicznym stała się konstrukcja nośna dachu. Pierwotny projekt zakładał wykonanie sześciu potężnych dźwigarów, tzw. hokejów, z żelbetu. Taka technologia wymagała budowy ogromnych, skomplikowanych rusztowań i szalunków, co w ówczesnych warunkach było przedsięwzięciem niezwykle trudnym i kosztownym. Kierujący pracami Tadeusz Patecki zwrócił się wówczas do inżynierów z wnioskiem o przeprojektowanie konstrukcji na elementy stalowe, do których dostęp był wówczas znacznie łatwiejszy - wspomina Jacek Przybylski.
Gdy przygotowano nową dokumentację techniczną, Jacek Przybylski został zaproszony na naradę, aby ocenić zaproponowane rozwiązania z punktu widzenia praktyki warsztatowej. Po wspólnych konsultacjach ustalono, że kościół powstanie w strukturach stalowego szkieletu, a jego wykonanie będzie miało miejsce w jego zakładzie w Pierzchnie. Rzemieślnik odmówił spawania konstrukcji na miejscu, był przekonany, że jego prywatny zakład to najlepsza lokalizacja do tych prac. Roboty w warunkach budowy mogły być nieprecyzyjne.
Budowa kościoła w Środzie wymagała zastosowania niestandardowych rozwiązań technicznych oraz ścisłej współpracy projektantów i wykonawców. Kluczowym etapem całego przedsięwzięcia był montaż stalowej konstrukcji nośnej oraz osadzenie ważącej ponad osiem ton kopuły.
- Konstruktor po analizie argumentów technicznych zaakceptował zmiany i przeprojektował układ mocowań. Zastosowano potężne śruby o średnicy około 62 milimetrów, do których musiałem samodzielnie wypalić odpowiednie klucze. System podwójnych nakrętek i grubych podkładek pod stopami słupów pozwolił na płynną regulację ich nachylenia w każdą stronę. Słupy połączono dodatkowo mocowaniami z drutu w układzie krzyżowym, co ustabilizowało wiotką początkowo konstrukcję i umożliwiło idealne zgranie punktów podparcia pod kopułę. Prace regulacyjne trwały kilka dni, a po osiągnięciu właściwych osi przestrzeń pod stopami uzupełniono półsuchym betonem - mówi Jacek Przybylski. I dodaje: - Duży wkład w pomoce spawalnicze miał Włodek Gaworski z Sulęcinka.
Najtrudniejsza operacja
Kluczowym i najbardziej ryzykownym momentem było osadzanie samej kopuły. Operację realizowano na dużej wysokości, gdzie wykonawca bezpośrednio kontrolował proces pasowania elementów. Wielu odmawiało wejścia na tak potężną konstrukcję. Gotowość zgłosił jako jeden z niewielu Jacek Przybylski. Dzięki wcześniejszej regulacji podstaw słupów, potężna kopuła weszła na swoje miejsce z milimetrową dokładnością.
Śruby montażowe łączące kopułę z łapami nośnymi można było wsuwać ręcznie, bez użycia siły. Wszystko pasowało 1:1.
- Wielkim wydarzeniem był transport kopuły. Przewoziliśmy ją z Pierzchna do Środy, głównie drogami polnymi, wykorzystywaliśmy dwa traktory, bo było grząsko. Prowadzili je Wojciech Pawlak z Kromolic i Daniel Lesiński z Pierzchna. Niejednokrotnie musieliśmy przestawiać samochody, które stały na trasie przejazdu oraz sieć energetyczną - przy wykorzystaniu specjalnej rury. Kopuła zajmowała całą szerokość jezdni. Kierujący też mieli poważne zadanie - opowiada konstruktor. Wspomina również, że ks. Andrzej Marciniak przy pracy gościł pracujących gorącą herbatą, kawą i dobrą przekąską - to był nieodłączny element prac przy kościele.
Montaż wymagał także precyzyjnego manewrowania ciężkim sprzętem. Aby dźwig mógł podnieść kopułę pod odpowiednim kątem, jeden ze słupów nośnych zamontowano dopiero po wjeździe ciągnika do wnętrza kościoła. Z powodu ograniczonego wysięgu maszyn, kopuła podczas unoszenia niemal ocierała się o konstrukcję dźwigu. Za sterami maszyny zasiadał Średzianin Jerzy Nowosielski, uznawany przez pana Jacka za wybitnego specjalistę w dziedzinie operacji dźwigowych. - Współpracowałem z wieloma fachowcami od dźwigów, ale Jurek był mistrzem klasy światowej. Bardzo go brakuje - mówi pan Jacek.
- Z kolei inżynier Patecki wyróżniał się umiejętnością słuchania wykonawców i wspólnym dopracowywaniem metod montażu. Pan Kinecki, określany jako dobra dusza budowy, mimo ciężkiej i postępującej choroby stawów odpowiadał za bezbłędne prowadzenie prac, samemu oddając całe swoje serce poszczególnym etapom. Pamiętam ich szczególnie - dodaje Jacek Przybylski.
Edmund Przybylski, ojciec pana Jacka, był niezwykle zaangażowany w pomoc przy wykonaniu prac. Dla rzemieślnika z Pierzchna to bardzo ważne wspomnienie.
- Przy zachowaniu odpowiedniej szczelności poszycia dachowego i braku zacieków, trwałość konstrukcji szacuję na minimum 500 lat - mówi Jacek Przybylski. Dla rzemieślnika z Pierzchna było to jedno z największych wyzwań zawodowych, jakie miał w czasie swojej pracy.
KK
