Krzysztof Kubiak: Jak trafiłeś do parlamentarnego zespołu zajmującego się systemem edukacji? Opowiedz od początku, bo przecież nie przyjmuje się tam ludzi z ulicy.
Krzysztof Malinowski: Wszystko wydarzyło się trochę przypadkiem. Dowiedziałem się, że istnieje Rada Młodzieżowa przy Parlamentarnym Zespole ds. Młodzieży. Kiedy zobaczyłem, że trwa rekrutacja uzupełniająca, postanowiłem spróbować. Sama Rada działa od połowy 2024 roku, a jej mandat trwa do końca kadencji parlamentu. Wysłałem zgłoszenie i udało mi się dostać. Potem był kolejny etap – wybór komisji. Trafiłem do tej, na której najbardziej mi zależało – komisji edukacji. Dzięki temu mogę zajmować się sprawami młodych ludzi. Na co dzień analizujemy projekty wychodzące z ministerstwa czy Sejmu, wydajemy opinie, zgłaszamy wnioski. Postanowiłem jednak wyjść z własną inicjatywą i zaproponowałem prace nad nowelizacją ustawy Prawo oświatowe. Chodzi o zmiany dotyczące uczniów neuroróżnorodnych.
W edukacji często mówi się o równych szansach. Ty pokazujesz, że w przypadku neuroróżnorodności o równych szansach nie ma mowy. Jak to powinno wyglądać w prawie i w praktyce?
Zmian wymaga wiele rzeczy. Weźmy przykład uczniów w spektrum autyzmu – przez całą edukację mają określone dostosowania, ale na egzaminie ósmoklasisty czy maturze większość z nich znika. Zostaje w gruncie rzeczy tylko wydłużony czas, kalkulator czy możliwość przeczytania polecenia przez osobę trzecią. To absurdalne – przez lata uczymy kogoś funkcjonowania w jednym formacie, a potem nagle wymagamy pracy w zupełnie innych warunkach. Druga kwestia to sama procedura uzyskiwania dostosowań. Rodzice często nie wiedzą, jakie mają możliwości i jak wygląda cała ścieżka. Brakuje informacji i transparentności. W przypadku uczniów z ADHD kluczowe jest podejście indywidualne. Oczekuje się od nich punktualności, pełnej koncentracji, braku roztargnienia. Tymczasem to, jak funkcjonuje ich mózg, sprawia, że nie zawsze jest to możliwe. Potrzeba większej świadomości i zrozumienia.
Większym problemem jest brak narzędzi prawnych czy brak świadomości wśród nauczycieli i dyrektorów?
Nie można generalizować. Wiem, że jest wielu nauczycieli, którzy zgłębiają temat, starają się mieć indywidualne podejście i rozumieją sytuację, ale znajdziemy też takich, którzy tych cech i chęci nie mają. Oprócz tego potrzebne są również rozwiązania prawne, które ułatwią rodzicom funkcjonowanie i sprawią, że będą świadomi swoich możliwości. Nie zapominajmy także o kwestii zrozumienia w całym środowisku szkolnym. Uczniowie neuroróżnorodni bywają dyskryminowani czy wyśmiewani, bo ich zachowania różnią się od większości klasy.
Nie boisz się, że głos młodych zostanie zignorowany? Często bywa tak, że kiedy kamery gasną, opinie młodzieży trafiają do szuflady.
Mam świadomość, że tak się dzieje. Dlatego staram się działać inaczej – nie tylko mówić, ale też realnie działać, poprzez zdobywanie patronatów i współprac z organizacjami zajmującymi się tematyką neuroróżnorodności. Pierwszy patronat mamy od Rady Młodzieżowej, którą wspierają parlamentarzyści i senatorowie. Planujemy także być obecni w mediach, aby o projekcie zrobiło się głośno. To może stworzyć społeczną falę, która wywrze presję na politykach. My przygotujemy projekt, a czy zostanie uchwalony, zależy już od nich. Zrobimy wszystko, aby chcieli wprowadzić te zmiany.
Jak wyobrażasz sobie szkołę przyszłości? Powinna być miejscem przekazywania wiedzy czy raczej rozwoju społecznego i emocjonalnego?
Szkoła zawsze będzie miejscem nauki i obowiązków. Nie można tworzyć utopijnej wizji, że to tylko przestrzeń zabawy i uśmiechu. Nie zmienia to faktu, iż - w mojej opinii - można osiągać te same wyniki edukacyjne w inny sposób – z indywidualnym podejściem do ucznia, z większym dostosowaniem metod nauczania. Nasz system wcale nie wypada źle w rankingach międzynarodowych, a polscy uczniowie odnoszą sukcesy. Jednak jestem przekonany, że można to robić lepiej – z poszanowaniem indywidualnych potrzeb i przy jednoczesnym utrzymaniu wymagań. Podstawa programowa powinna być zmieniona i ograniczona, ale obowiązki uczniów pozostaną.
Na koniec chciałbym zapytać o edukację zdrowotną. Sporo uczniów rezygnuje z tych zajęć w Środzie. Dlaczego tak się dzieje?
Ani jedna, ani druga strona sporu politycznego nie ma racji. Zgłębiłem program edukacji zdrowotnej i są w nim treści potrzebne, choć część powtarza się z innych przedmiotów. Są też elementy nieprawdziwe, sprzeczne z wiedzą naukową. Rezygnacja uczniów nie wynika jednak z ideologii, jak próbują to przedstawiać politycy. W praktyce chodzi o prozę życia. Zajęcia odbywają się często na początku albo na końcu dnia, więc młodzież woli wrócić do domu. Poza tym wielu uczniów uważa, że to przedmiot przypominający rozszerzony WDŻ. Nie widzą w nim wartości dodanej i dlatego nie chcą uczestniczyć.
