Krzysztof Kubiak: Serce ciągle bije w Środzie? Nadal? Środa jest jeszcze w głowie księdza, mimo że ta codzienność jest już poznańska?

Ks. Piotr Kuś: Średzianinem w głębi serca się czuję, chociaż wizyty w Środzie sprowadzają się do niedzielnego popołudnia, kawy w domu rodzinnym czy ewentualnie wizyt na cmentarzu i okoliczności imieninowych. Ma to swoje minusy. Kiedyś, po długiej nieobecności, w centrum zapędziłem się i prawie pojechałem główną ulicą pod prąd. Pewne więzi się pozrywały od momentu wyjazdu do seminarium, kontakt był słabszy z ludźmi będącymi na miejscu. Ale zawsze, jak na przykład na kolędzie w Poznaniu spotykam kogoś, kto jest ze Środą związany, to serce żywiej puka.

 

Jak to było z tymi latami przeszłymi w Środzie? Słyszę od środowisk średzkich, że była z was bardzo zgrana „ekipa” kolegiacka, żywo działała. Wraca ksiądz do tego z sentymentem?

Pierwsze takie sytuacje to była działalność moich katechetek, między innymi Aliny Jądrzak, która była bardzo zaangażowana. Wybierano mnie na przykład do czytania, a jeszcze przed mutacją do śpiewania psalmu na mszach dziecięcych! A pierwsza decyzja o własnym zaangażowaniu wynikała chyba z ciekawości. Kiedyś wychodząc z niedzielnej mszy – zawsze siadaliśmy z przodu w stallach przy ambonce – zauważyłem grupkę ludzi. Jedna osoba siedziała tyłem do ołtarza i coś machała. Zapytałem: „Mama, co ta pani robi tu w kościele?”. Wyjaśniła, że tłumaczy mszę głuchoniemym. Zapytałem: „Też bym mógł?”. „Podejdź i zapytaj, czy cię nauczy”. To była katechetka Maria Błaszczyk, która bardzo się ucieszyła. Pod koniec szóstej klasy, z własnej woli, zacząłem uczyć się języka migowego. Jak już się trochę wyuczyłem, to na zmianę z katechetką Marią włączyłem się w obsługę mszy dla osób głuchoniemych. Później, w starszych klasach, przyszła moda na msze młodzieżowe w tak zwanym „małym kościele”.

 

Ludzi było tyle, że się nie mieścili. To była niesamowita sprawa. Z naszych duszpasterzy zaangażowany był wtedy ks. Przemek Kompf, ks. Jacek Hadryś. Ks. Jacek został moim katechetą i przez starszą koleżankę z liceum, Kingę Dziekońską, zostałem zaproszony na spotkania Pomocników Matki Kościoła. Zaczęło się wielkie zaangażowanie: spotkania, akcje w parafii, wyjazdy na rekolekcje. Najpierw jako uczestnik, potem animator i animator gospodarczy.

Kiedyś przyszedłem na wieczorną mszę, potrzebowałem czegoś od ks. Jacka. W zakrystii był ks. Lech Otta, kapłan już świętej pamięci. Mówi: „Słuchaj, nie ma ministranta, ubierz się i mi posłużysz”. „Ale ja nie wiem...”. „No jak, codziennie jesteś w kościele, nie wiesz, jak służyć?”. Ampułki podawałem trzęsącymi się rękami. Po mszy ks. Lech stwierdził: „Jutro też nie idź do ławki, tylko przyjdź do ołtarza”. Tak zostałem ministrantem. Uczyłem się dużo od kolegów. Obsługi mszału uczył mnie młodszy o jeden dzień Jarek Krzeminski. Jako ministrant nigdy nie chodziłem na kolędę, bo wtedy starsi nie chodzili, a ja dołączyłem dopiero pod koniec pierwszej klasy liceum.

 

Wiem, że angażowaliście się także w festiwal w Jarocinie.

Inicjatorem ze Środy był ks. Przemek Kompf. Jak dobrze pamiętam, to kiedy odbywał się festiwal w Jarocinie, była tam strefa prohibicji. Środa była pierwszą większą miejscowością leżącą poza tą strefą. Młodzież festiwalowa przyjeżdżała tutaj po „zaopatrzenie”. Ks. Przemek widząc ich na ulicach pomyślał, że warto tam pojechać. Skrzyknął grupę. Dołączyłem na któryś z pierwszych wyjazdów i przez kilka lat jeździliśmy jako grupa ewangelizacyjna. Mieliśmy swoje działki: stoisko z książkami, czasem pomagaliśmy przy stoisku z jedzeniem. Razem ze Zbyszkiem Królem obsługiwaliśmy rzutnik z pieśniami na mszach festiwalowych w kościele św. Jerzego w Jarocinie.

 

W końcu był czas seminarium i szkoła, do której zawsze ciągnęło. Czy kiedy ksiądz został rzucony na tę głęboką wodę nauczycielską, nie było zwątpienia? Zderzenia ideału z realną młodzieżą?

Byliśmy drugim rocznikiem, który miał dodatkowe praktyki katechetyczne. Na wykładach z ks. prof. Janem Szpetem chodziliśmy do „baletówki” w Poznaniu przyglądać się pracy. Kiedy trzeba było poprowadzić lekcję samemu, zgłosiłem się na pierwszy ogień. Zawsze mnie to pasjonowało. Pamiętam, że na dwa dni przed początkiem roku szkolnego któryś ksiądz zachorował, więc poszedłem do szkoły rolniczej w Środzie na dwa tygodnie, mając już kwalifikacje. Katechizowałem w klasie, gdzie mojemu poprzednikowi wjechali motorem. Ale bardzo miło ten czas wspominam. Czułem się zaopiekowany przez nauczycieli, niektórych znałem z opowiadań mojej siostry.

 

A jakie są dzisiaj główne problemy młodych?

Dzisiejsza młodzież jest bardzo mało odporna na stres i niepowodzenie. Rzeczy, które dla nas były normalne, teraz urastają do rangi problemu nie do ogarnięcia. Jest zwiększona wrażliwość i mniejsza umiejętność radzenia sobie z trudnymi sytuacjami. To pokolenie jest troszeczkę słabsze psychicznie. Stąd rodzą się inne problemy – ucieczka w świat cyfrowy czy uzależnienia to często ucieczka przed problemami. Dlatego, gdy organizujemy w szkole projekty oparte na rywalizacji i rodzice mówią: „ale ci co przegrają, to im będzie przykro”, ja odpowiadam, że to też element edukacji. Chcemy nauczyć ich radzić sobie z porażkami. Takie jest życie.

 

Dziś jest ksiądz dyrektorem szkoły katolickiej. Jak do tego doszło?

To nie był mój pomysł. Kiedy jeździłem jako wizytator, widziałem czasem niespójność. Dyrektor opowiadał o świetnym Dniu Papieskim, a za chwilę o przygotowaniach do Halloween. Widziałem niespójność procesów wychowawczych. Zrodziło się we mnie marzenie, by stworzyć szkołę spójną wewnętrznie, ale nikomu o tym nie mówiłem. Pewnego dnia arcybiskup wezwał mnie i powiedział, że mam poprowadzić szkołę katolicką. Odebrałem to jako znak Boży – przełożony zleca mi coś, o czym marzyłem, choć on o tym nie wiedział.

 

Gdy powiedziałem, że to ma być gimnazjum, arcybiskup Stanisław Gądecki się zdziwił: „Przecież wszyscy narzekają na tę szkołę”. Odpowiedziałem: „Wszyscy niezadowoleni to nasi potencjalni klienci”. Pytał, czy sobie poradzę. Odparłem: „Jak przez 10 lat poradziłem sobie w samochodówce, to chyba tutaj też”. Zaczęliśmy od gimnazjum, potem wobec braku zgody miasta na nasze liceum – weszliśmy w struktury Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców. Gimnazjum zmieniło się w podstawówkę. Gdy wszystko się rozrosło, ks. Grzegorz Konieczny [w latach 2012-2014 wikariusz w średzkiej kolegiacie – red.] został dyrektorem liceum, a ja podstawówki.

 

Czym różni się szkoła katolicka od innej? Kojarzą się często z „wyższą sferą” i rygorem.

Gdy rodzice przychodzą, żartuję, że zaczynamy od godziny klęczenia na grochu. Staramy się z rzeczami religijnymi nie przesadzić. Lepiej zostawić niedosyt niż przesyt. Nie wolno zmuszać. W kaplicy mamy trzy razy w tygodniu mszę dla chętnych. Kto chce, przychodzi, kto nie chce – nie ma problemu. Szkoła katolicka polega przede wszystkim na przyjętym systemie wychowawczym i wartościach. Chodzi o spójność. Religia jest w każdej szkole, więc to nie wyróżnik. Proponujemy też dodatkowe rzeczy dla chętnych. Wprowadziliśmy czuwania pierwszopiątkowe dla młodzieży. Przed pandemią przychodziło około setki osób. Staramy się robić to atrakcyjnie: ciekawe tematy, a potem „nocka” w szkole, granie, rozmowy. Taka formuła młodym odpowiadała.

 

W szkole mocno stawiacie na integrację.

Staramy się rozpoznawać znaki czasu. Wiedzieliśmy, że nie jest ważny tylko czas od dzwonka do dzwonka. Pierwsze wyjazdy integracyjne odbywały się nieopodal sanktuarium w Wieleniu, do szkoły w Kaszczorze. Spaliśmy na materacach w sali gimnastycznej, ale klimat bycia razem był niesamowity. Uczniowie żałowali, że to tylko w pierwszej klasie. Obecnie jeździmy do Nadziejewa, klasy od czwartej do ósmej, każdy rocznik na trzydniowy wyjazd.

Oprócz tego, od lat organizowałem obozy pod namiotami w Wieleniu. Zawsze marzyłem, by były to wyjazdy rodzinne, choć dzieci się broniły. Teraz mamy wyjazdy na 120-130 osób, rodzinne. Okazało się, że to można przeżyć i jest bardzo fajnie.

 

Jakie jeszcze projekty realizujecie?

Od czwartej klasy co roku realizowany jest projekt, w którym klasy rywalizują, nawiązując do materiału: „Nasza Mała Ojczyzna”, „Starożytna Grecja”, „Polska Szlachecka”, „Ogranicznicy Wielkopolscy”. Wiąże się to z wyjazdami, np. do Kórnika czy Rogalina. Rodzice włączają się, robiąc uczty tematyczne. Działa też Szkolne Koło Caritas – w tym roku zostaliśmy nagrodzeni statuetką „Signum Caritatis”. Uczniowie włączają się w akcję „Biała Sobota”, organizujemy koncerty charytatywne, gdzie zbieramy pieniądze na leczenie czy pomoc najuboższym. Dbamy o nowoczesny sprzęt, ale mamy zasadę: przekazywać tradycyjne wartości w nowoczesny sposób. Próbujemy znaleźć balans, żeby uczniowie nie byli zacofani, ale robili dobre rzeczy.

 

Trudno dziś rozmawiać z młodymi o wartościach i wierze?

Punktem startowym zawsze jest rodzina. Jak był u nas ks. abp Zbigniew Zieliński, mówił, że nie widział w żadnej szkole tylu ministrantów. Odpowiedziałem, że my wchodzimy w trud rodziny i parafii tych chłopaków. My ich tylko mobilizujemy i podtrzymujemy to, z czym przyszli. Gdy uczyłem w liceum i omawialiśmy temat wspólnot, zapraszałem uczniów do wypowiedzi. Na 28 osób w klasie, ponad 20 było w coś zaangażowanych. Są dla siebie świadectwem, wciągają się wzajemnie. Wystarczy to podtrzymywać.

 

To jakie cechy powinien mieć dyrektor szkoły, szczególnie katolickiej?

Według mnie, dobry dyrektor powinien mieć tylko dwie cechy. Pierwsza cecha to umieć zebrać wokół siebie ludzi, którzy potrafią i chcą coś zrobić. Druga cecha, jak już zaczną robić, to im za bardzo nie przeszkadzać [śmiech].

 

Widać i czuć, że ksiądz kocha szkołę.

Oczywiście, że tak! Zawsze się śmieję, że największą karą byłoby dla mnie, gdybym nie mógł uczyć. Jakbym nie był dyrektorem – spokojnie przełknę. Natomiast kocham pracę z młodzieżą, lubię z nimi rozmawiać, nie unikając trudnych pytań. Uważam, że to jest dzisiaj po prostu potrzebne.