Pomnik Wdzięczności powstał jako wotum i upamiętnienie odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Postument składał się w sumie z trzech łuków, a pod jednym z nich umieszczono postać Jezusa Chrystusa. W 1932 roku zlokalizowano go na dzisiejszym placu Mickiewicza w Poznaniu.
Jednym z czołowych wykonawców zaangażowanych w powstanie pomnika był Stefan Sobota – rodowity poznaniak, wybitny fachowiec i instruktor spawalnictwa i majster w Zakładach Hipolita Cegielskiego. Stefan Sobota własnymi rękami spawał odlane wcześniej w poznańskiej fabryce elementy monumentu. Jako wielki patriota podchodził do tego zadania z niezwykłym zaangażowaniem, traktując postument jako symbol wolności – wynika z opowieści jego najbliższych.
Dramat II wojny światowej
Historia pomnika została brutalnie przerwana za sprawą wybuchu II wojny światowej. Pomnik zniknął z mapy Poznania już w październiku 1939 roku. Jak wspomina Ignacy Zimowski, powołując się na relacje swojego teścia, Stefan Sobota został wezwany w środku październikowej nocy do fabryki Cegielskiego. Figurę Chrystusa, zrzucono z postumentu i załadowano na wagon (na zapleczu auli uniwersyteckiej znajdują się tory kolejowe) i przywieziono na teren fabryki Cegielski.
Nie jest prawdą, jak powszechnie sądzono, że Niemcy wlekli posąg Chrystusa po bruku i porzucili na wysypisku. Po przybyciu Stefana Soboty na wezwanie kierownika, niemieckiego inżyniera o nazwisku Krawinkel dostał on polecenie, aby pociąć figurę na kawałki. Inżynier Krawinkel był katolikiem i nie był surowy dla Polaków. Stefan Sobota stwierdził, że w zakładzie nie ma tak silnej maszyny. - „Przywieźli z Berlina” miał odpowiedzieć odpowiedział kierownik – opowiada Ignacy Zimowski.
Proces niszczenia Stefan Sobota rozpoczął od wypalenia fragmentu korpusu ze wzorem serca. Krótkie odcinki cięcia powodowały przerwy w buczeniu maszyny, co zaniepokoiło pilnującego strażnika, który zaczął krzyczeć: „Co się bawisz, prędzej!”. Sobota miał odpowiedzieć wtedy: „Próbuję i reguluję maszynę”. Groźne było pomyśleć, gdyby strażnik zauważył ubytek na piersi figury. Rzemieślnik nie odstąpił jednak od zamiaru. W pozyskanym fragmencie wypalił dziurkę, przełożył przez nią drut, założył na szyję i zabrał do domu. Zdobyty klejnot schował w popielniku gnomu, czyli małym piecyku przyczepianym do pieca kaflowego. W tym schowku przeleżał do końca wojny.
W czasie wojny córka Stefana Soboty szła do I Komunii Świętej. Na tę okoliczność rzemieślnik odciął fragment brązu i wykonał dla niej krzyżyk. Tą informacją żona Stefana podzieliła się z sąsiadką, która poprosiła o wykonanie dla niej takiego krzyżyka. Było to bardzo niebezpieczne, ponieważ sąsiadka ta była Volksdeutcherką. Jeśli sprawa by się wydała, Stefanowi Sobocie groziłaby kara śmierci.
Tajemnica ukryta w Będzinie
Po wojnie Stefan Sobota był aktywnym działaczem społecznym, piastującym odpowiedzialne stanowiska w służbie zdrowia, m.in. jako dyrektor „Dziekanki” w Gnieźnie oraz dyrektor administracyjny szpitala położniczego przy ul. Polnej w Poznaniu. Pracował również w Zielonej Górze, przekształcał placówkę zakonną w szpital cywilny.
Na przełomie lat 60. i 70., przechodząc na emeryturę, Stefan Sobota przeprowadził się do Będzina, gdzie pracował jako rzemieślnik. To właśnie tam, w piwnicy bloku, w którym mieszkał, ukrył serce z poznańskiego pomnika. Po śmierci żony przyjechał do Środy. Rodzina wspomina go jako osobę niezwykle pedantyczną i ułożoną, nawet w ciężkiej chorobie nienagannie, „od linijki”, słał swoje łóżko.
Dopiero po zamieszkaniu w Środzie Stefan Sobota wyjawił rodzinie całą historię. Wcześniej, jak twierdził, nigdy nie było ku temu odpowiedniej atmosfery. Stefan Sobota zmarł w 1997 roku i został pochowany na średzkim cmentarzu, ale jego zięć, Ignacy Zimowski, nie pozwala tej historii odejść w zapomnienie.
– Zastanawiałem się i dopytywałem, dlaczego o tym wcześniej w ogóle nie mówił, znaliśmy wiele historii związanych z jego pracą, ale przekonywał nas, że nigdy nie było atmosfery do tego, aby ten temat poruszyć. To było trudne doświadczenie dla niego – mówi Ignacy Zimowski. I dodaje: - Po śmierci jego żony zamieszkał u mnie w Środzie. Ja likwidowałem jego mieszkanie, nie zabrałem jednak nic z piwnicy.
Obecnie Pan Ignacy, mimo 88 lat, planuje wraz z najbliższymi wyprawę do Będzina. Pamięta dokładnie, gdzie mieszkał jego teść, i ma nadzieję, że Serce Jezusa nadal spoczywa w piwnicy tamtejszego bloku. Wyjazd zaplanowano na wczesną wiosnę. Średzianin wierzy, że uda mu się odnaleźć tę bezcenną pamiątkę, spełniając tym samym powinność wobec pamięci teścia i historii. Spowodowałoby to wiarygodność zdarzeń, jakie przytacza.
- Wiem jak bardzo to ważne to było dla mojego teścia. Bardzo chciałbym dotrzeć jeszcze za swojego życia do tego Serca. Wiem, że gdy się wyprowadzał z Będzina zlokalizowane ono było w jego piwnicy. Doskonale wiem i pamiętam, gdzie mieszkał przez lata. Chcemy dotrzeć do tej piwnicy, wcześniej pewnie spróbować skontaktować się z mieszkańcami, aby ustalić kto tam aktualnie mieszka – mówi Ignacy Zimowski.
Krzysztof Kubiak
