Filip Jańczak i Katarzyna Chojnacka odnieśli spektakularne, podwójne, zwycięstwo w 45. Międzynarodowym Maratonie Świnoujście – Wolgast. Filip zajął pierwsze miejsce, z czasem 2:43:33, a Katarzyna, jako pierwsza kobieta, przekroczyła metę z fenomenalnym wynikiem 2:58:15. Ich start w zawodach był jednak możliwy tylko dzięki pomocy „anioła”, którego spotkali na trasie po tym, jak w ich samochodzie dwukrotnie wybuchła opona
Podróż na maraton mogła zakończyć się tragicznie. Jak opowiada Filip Jańczak, podczas jazdy trasą S3, w ich samochodzie nagle wybuchła opona…
Po prostu anioł
Cudem udało mu się opanować pojazd i zjechać na pobocze, unikając kolizji. Biegacze byli cali i zdrowi, ale wstrząśnięci. Mieli koło zapasowe, lecz brakowało im narzędzi. Wezwana pomoc drogowa w osobie Rafała z firmy Angel sprawnie wymieniła koło, ostrzegając jednak, by jechali powoli.
- Jedźcie powoli, to koło może nie wytrzymać - ostrzegł fachowiec.
Niestety, po 20 kilometrach historia się powtórzyła – zapasowa opona również wystrzeliła. Zrezygnowani, ponownie zadzwonili po Rafała. Jego reakcja przerosła ich najśmielsze oczekiwania.
- Coś ewidentnie nie chce, żebyście tam dojechali - rzucił z uśmiechem. - Wsiadajcie do mojej lawety, zawiozę Was na ten bieg!
Okazało się, że Rafał, właściciel firmy o nazwie „Angel”, swoją pracę ofiarował Bogu, którego nazywa swoim „Szefem”. Zamiast standardowej opłaty w wysokości 700 zł, poprosił jedynie o zwrot kosztów paliwa. - Pieniądze nie są tu najważniejsze. Czuję, że muszę Wam pomóc - wyjaśnił. Dzięki niemu biegacze dotarli do Szczecina.
Zwycięstwo po trudnej nocy
Po zaledwie trzygodzinnym śnie, Filip i Katarzyna wsiedli w pociąg do Świnoujścia, by stanąć na starcie 45. Maratonu Świnoujście - Wolgast. Mimo zmęczenia i stresu, oboje pokazali niezwykłą siłę.
Trasa wiodła przez malownicze lasy i wzdłuż wybrzeża. Filip już po kilku kilometrach wysunął się na prowadzenie i nie oddał go aż do mety, którą przekroczył z czasem 2:43:33, witany aplauzem kibiców na stadionie w niemieckim Wolgaście.
To jednak nie był dla niego koniec wysiłku. Odwrócił się i pobiegł kilometr z powrotem na trasę, by wypatrywać Kasi. Gdy ją zobaczył, spojrzał na zegarek i krzyknął: - Dasz radę połamać trzy godziny!
Jego doping dodał jej skrzydeł. Wbiegła na stadion przy ogłuszającym dopingu publiczności, kończąc bieg jako pierwsza kobieta z rewelacyjnym czasem 2:58:15. Na mecie oboje padli sobie w ramiona, wyczerpani, ale szczęśliwi. Jak podsumował Filip, ta historia nauczyła ich, że w maratonie, zarówno tym sportowym, jak i życiowym, można zwyciężyć, jeśli ma się obok siebie dobrych ludzi.
(k)
