Profil „Dawniej i dziś - Gmina Nowe Miasto nad Wartą” na Facebooku opublikował niedawno interesujący historyczny wpis, który przybliża, jak wyglądały uroczystości pogrzebowe na tym terenie w okresie powojennym, aż do końca lat 70. XX wieku. Jak czytamy w poście, opiera się on na rozmowach z mieszkańcami, którzy pamiętają tamte czasy.
W obliczu zbliżającej się śmierci rodzina prosiła księdza o udzielenie choremu wiatyku. Zgony rzadko następowały w szpitalach – najczęściej w domu, w otoczeniu najbliższych. Ważnym symbolem była zapalona gromnica, którą wkładano w dłonie umierającego.
Po śmierci to rodzina przygotowywała zmarłego do pochówku. Kupowano trumnę, którą ustawiano w domu, i codziennie odmawiano przy niej modlitwy. Z powodu braku miejsca nierzadko zdarzało się, że domownicy spędzali noc w tym samym pokoju, w którym znajdowała się trumna.
W dniu pogrzebu jeden z gospodarzy, posiadający konie, udawał się na cmentarz po specjalny wóz pogrzebowy, tak zwany karawan, i przyjeżdżał nim pod dom zmarłego. Po pożegnaniu trumnę umieszczano na wozie i formowano kondukt pogrzebowy, który pieszo, ze śpiewem na ustach, ruszał w stronę kościoła. Na obrzeżach Nowego Miasta dołączał do niego ksiądz z organistą.
Co ciekawe, do wjazdu na teren przykościelny służyła specjalna brama (od strony domu Waszyńskiego), przeznaczona wyłącznie do ceremonii pogrzebowych. Inne uroczystości, jak chrzty czy śluby, odbywały się z wykorzystaniem bramy od strony ulicy Kościelnej. Po mszy świętej kondukt ruszał ulicami miasta na cmentarz, gdzie odbywała się dalsza część ceremonii.
Jak podkreślają autorzy wpisu, opisane zwyczaje zanikły pod koniec lat 70., gdy przy cmentarzu wybudowano kaplicę. Dziś, przy obecnym natężeniu ruchu i przepisach sanitarnych, taka forma pochówku byłaby niemożliwa do zrealizowania. Zmieniło się też miejsce umierania – szpitale i hospicja zastąpiły domy rodzinne, a organizacją pogrzebu zajmują się wyspecjalizowane firmy.
(k)
