Wystarczy spojrzeć na twarde dane z powiatu średzkiego: 91 procent uczniów szkół średnich zrezygnowało z zajęć z edukacji zdrowotnej. W liceach i technikach na 1602 uprawnionych uczniów, na zajęcia będzie chodziło zaledwie 141 osób. Dla porównania – z zajęć z religii, które dotąd były w zasadzie nietykalne, zrezygnowało „tylko” 44 procent.
Ten wynik to nie jest ani tryumf światopoglądowy, ani dowód na to, że młodzież nie chce wiedzy. To jest dowód na to, że młodzież szuka wytchnienia. Nauczyciele, z którymi rozmawialiśmy, mówią wprost: uczniowie rezygnują, bo chcą mieć wolne, a nie siedzieć na dodatkowych zajęciach, z których nie ma oceny i które nie wpływają na promocję do następnej klasy. To naturalna reakcja w obliczu przeładowanych planów lekcji i presji egzaminacyjnej. I to jest pierwszy grzech główny decydentów: uczynienie kluczowego dla życia przedmiotu nieobowiązkowym.
Najbardziej boli to, że straciliśmy przedmiot o ogromnym, realnym potencjale. Edukacja zdrowotna to nie ideologia, to esencja wiedzy niezbędnej do dorosłego życia. Młodzież miała się uczyć, jak radzić sobie z kryzysem zdrowia psychicznego i stresem, jak dbać o prawidłowe odżywianie (w dobie rosnącej skali otyłości), jak wykonywać samobadanie piersi i jąder w ramach profilaktyki onkologicznej, czy jak poruszać się po skomplikowanym systemie ochrony zdrowia – rzeczy, których rzadko uczy się w domu.
To miała być uniwersalna odpowiedź na wyzwania XXI wieku. Zamiast tego mamy marginesowy dodatek, na który uczęszcza garstka najbardziej zdeterminowanych.
Masowa rezygnacja jest efektem błędów popełnionych na etapie wprowadzania przedmiotu: braku rzetelnej akcji informacyjnej, braku przygotowania kadry.
Zbigniew Król
zbigniew.krol@gazetasredzka.pl
