realizator światła i dźwięku
Ma 33 lata, skończył liceum ogólnokształcące w Zespole Szkół Rolniczych, zaczął też studia pedagogiczne, których nie skończył. – Z braku pomysłu wybrałem ten kierunek, nie miałem pomysłu na siebie. W młodości pomagałem tacie przy prowadzeniu sklepu spożywczo-monopolowego – wspomina Tomasz Pieczyński. Przez pewien czas grał jako DJ na weselach, przez krótki okres należał nawet do weselnego zespołu muzycznego, gdzie grał na perkusji. Muzyczną pasję realizuje m.in. grając właśnie na perkusji. Mając 20 lat z przypadku trafił do firmy nagłośnieniowej, praca miała być dorywcza, ale stało się inaczej. – Właściciel pewnego dnia mi powiedział, że będę od światła i zacząłem się szkolić od zera, w zasadzie bez niczyjej pomocy. Wiedzę czerpałem z internetu chociażby z darmowych poradników – mówi Tomasz Pieczyński. Jest zdania, że z poradników internetowych można bardzo wiele się nauczyć. Z czasem realizacja światła i dźwięku stała się jego pasją, później już stałą pracą.
Jak sam mówi, kocha muzykę i ciepłe dźwięki. Praca zawodowa, a jednocześnie pasja spowodowała, że idąc na koncert obok względów artystycznych patrzy również na aspekty techniczne. – Dla mnie ważne jest to, abym potrafił wychwycić każdego muzyka, który jest na scenie, aby nic się ze sobą nie zlewało. Ważne jest też to, abym mógł wychwycić to, co śpiewa wokalista – dodaje. Cały czas chce uczyć się dźwięku i jego rozumienia. Spore doświadczenie w tym zakresie dała mu Współdzielnia w parku Łazienki.
Tomasz Pieczyński przyznaje, że to właśnie tam po raz pierwszy miksował cały zespół. – W przypadku koncertu Gospel Joy odpowiadałem ze swojego pulpitu za 16 mikrofonów wokalowych. Wszystkie pomysły na realizację światła i dźwięku mogłem na Współdzielni spokojne realizować. Tam nikt mnie nie krytykował.  To była świetna nauka. Nie było budżetu, aby ściągnąć dodatkowego realizatora dźwięku, więc jako jedna z osób z ekipy Współdzielni, która się tym zajmuje na co dzień, podjąłem się tego zadania – mówi. Od dwóch lat pracuje wspólnie ze swoim kolegą Tymoteuszem i jak sam przyznaje nie ma zbyt dużo czasu na inne zajęcia. 
Pracuje w branży, którą kocha, ale wcześniej, wraz z pandemią rozstał się z jedną z firm i przebranżowił się na kilka miesięcy. Był kierowcą ciężarówki. Co ciekawe, w prawie jazdy ma wypełnione prawie wszystkie rubryki. – Brakuje mi jeszcze motocykla i autobusu. Na autobus się zapisałem, ale nie było czasu na ten kurs. Jednym z moich chorych marzeń jest wypełnienie wszystkich rubryk – mówi Tomasz Pieczyński i dodaje, że paradoksalnie wcale nie lubi prowadzić samochodu.
Wspomina, że najwięcej zleceń wraz ze swoim kolegą Tymoteuszem zaczął otrzymywać, gdy wspólnie organizowali nagłośnienie na piknik charytatywny. Po tym wydarzeniu zaczął otrzymywać liczne telefony i z uśmiechem mówi, że chyba sprawdza się zasada „dobro wraca”. Od tamtego czasu przy zwiększonej liczbie zleceń najwięcej się też nauczył.