Przemysław Piechocki, jeszcze jako szef chóru pod wezwaniem św. Cecylii i organista kolegiacki, dał się poznać jako muzyczny wizjoner i świetny organizator. Bo przecież wystawienie opery narodowej „Halka” Stanisława Moniuszki, a potem znakomitego musicalu „Chicago” wydawało się zdecydowanie ponad siły małego, 23-tysięcznego miasta. Okazało się jednak, że wcale tak nie jest, a znakomite realizacje podbiły średzką i nie tylko średzką publiczność. Coś, co wydawało się niemożliwe, stało się faktem. 

 

Przemysław Piechocki odchodził ze Środy po tym, jak stracił pracę w kolegiacie, w atmosferze konfliktu z proboszczem. Odchodząc, próbował jeszcze razem ze swoimi chórzystami realizować muzyczne plany, ale ostatecznie chór się rozpadł. Wydawało się, że kończy się także historia wielkich realizacji muzycznych w Środzie.

 

Po 15 latach „Chicago” wróciło z jeszcze większym rozmachem. Co jest chyba najbardziej niezwykłe, na średzką scenę wrócił nie tylko Przemysław Piechocki, ale także ówczesna obsada. Doszły też nowe osoby i wszyscy stworzyli znakomity zespół, pełen entuzjazmu i pasji. 

 

Ponad tysiąc osób na widowni, wyprzedane bilety na prawie trzy tygodnie przed premierą, owacje publiczności… Wielu z nas tęskniło za tym wszystkim, co mogliśmy zobaczyć w ostatni weekend na deskach Ośrodka Kultury w Środzie. Bo przecież nie chodzi tylko o spektakl sam w sobie, ale o to, by zobaczyć i posłuchać niezwykle utalentowanych ludzi, którzy w zdecydowanej większości zawodowo muzyką się nie zajmują. Na scenie mają jednak to coś, co naprawdę przyciąga!

 

Ja mam nadzieję, że grupa pod wodzą Przemysława Piechockiego będzie pracować dalej i realizować kolejne projekty. Wiem, że pomysły są. A zatem „Kapitanie, mój Kapitanie”…

 

Zbigniew Król

zbigniew.krol@gazetasredzka.pl